Frustracja jest potrzebna a AI pozwala nam od niej uciekać

„Bliskość 2.0. Czy sztuczna inteligencja zmieni nasze relacje?"

Dziś byłam na debacie antropologicznej „Bliskość 2.0. Czy sztuczna inteligencja zmieni nasze relacje?” – wróciłam z wieloma przemyśleniami, ale jedna myśl nie daje mi spokoju.

Nie do końca jest nowa, ale teraz o wiele wyraźniejsza.

Relacje z AI są łatwe. AI nie oceni, nie pokłóci się, nie odrzuci, zawsze się dostosuje, często pochwali. I to brzmi niewinnie – może nawet wydaje się pomocne – dopóki nie zadasz sobie pytania: jakie są tego koszty? I nie, dziś nie będzie o długu poznawczym. Dziś zatrzymuje mnie frustracja, a raczej nasze, naturalne nomen omen, unikanie jej, jak tylko się da.

Tymczasem odczuwanie frustracji nie jest czymś złym. OK nie jest miłe, ale służy czemuś ważnemu.  Jest częścią uczenia się i dorastania. Kłócimy się z innymi, negocjujemy, ustępujemy albo bronimy swojego zdania – i właśnie w tym procesie stajemy się bardziej sobą. Budujemy relacje, które coś znaczą, bo kosztowały wysiłek. 

Kiedy uczymy się, także odczuwamy obciążenie, męczymy się trudzimy, ale dzięki temu właśnie proces nauki zachodzi.

Tymczasem i my dorośli, i dzieci coraz sprawniej omijamy wszystko, co trudne. Nie dlatego, że jesteśmy leniwi (nasz mózg ma naturalną skłonność do oszczędzania energii i wiecie, to właściwie pozwala nam przetrwać). Dlatego, że technologia jest zaprojektowana właśnie tak – żeby było szybko, przyjemnie i bez oporu. I żebyśmy zostawali jak najdłużej. 

Tylko niestety tu nie wchodzi w grę troska o nas, a raczej o nasze pieniądze i czas spędzany np. na dostarczaniu LLM’om nowych danych, w trakcie naszej pracy z nimi (nawet nie płacąc abonamentu zawsze jest opłata, płacimy, tylko inną walutą).

W debacie padło zdanie, które zapamiętałam: te narzędzia działają trochę jak narkotyk. Dają komfort i zatrzymują przy sobie. I pomyślałam – tak, ale tego się nam głośno nie mówi. A powinniśmy o tym wiedzieć. My dorośli, ale i nasze dzieci.

I tu widzę zadanie dla nas – nauczycielek i nauczycieli. Oczywiście, możemy myśleć, że to rola rodziców – tylko, czy wszyscy są w stanie podołać temu zadaniu. Myślę, że to my powinniśmy rozmawiać z uczniami o tym, co tracą, kiedy oddają myślenie technologii. O tym, że rozumienie nie bierze się z gotowej odpowiedzi, tylko z momentu, kiedy coś w końcu do ciebie dociera – po wysiłku, po błędach, po tym, że musiałeś wrócić do zadania trzeci raz.

Wiem, wiedza o mechanizmach nie daje od razu odporności – to też wybrzmiało na debacie, i to ważna myśl. Wiemy, jak działają media społecznościowe, a mimo to wciąż działają na nas. Ale wiedza jest początkiem. I szkoła – choć mam świadomość, ile już dźwiga – jest jednym z niewielu miejsc, gdzie ta rozmowa może się odbyć w sposób przemyślany.

Dlatego dzielę się takimi refleksjami. 

Nie dlatego, że mam gotowe odpowiedzi. Ale dlatego, że sama ciągle się uczę i uważam, że warto myśleć o tym razem. Mieć odwagę stawiać trudne pytania, nie poddawać się szukając odpowiedzi.

I ja na koniec debaty, choć musiałam wyjść ze swojej strefy komfortu, zabrałam głos z widowni i zapytałam: jak jeszcze możemy przygotowywać na AI siebie i młodzież? Jakie macie pomysły, konkretne, praktyczne?

Padła odpowiedź, która mnie nie zaskoczyła, ale dobrze, że wybrzmiała na sali, której widownia to byli też młodzi ludzie: pracujmy najpierw własnym umysłem. Kiedy tylko możemy – sami, bez narzędzi. I rozmawiajmy z o kosztach – nie finansowych, ale np. poznawczych. O tym, czego się nie nauczymy, jeśli zawsze będziemy liczyć na gotową odpowiedź.

I to co piszę nie jest przeciwko AI (jeszcze nie). To argumenty za tym, żeby wchodzić w tę technologię z otwartymi oczami. Zadając głębsze pytania niż tylko, jak napisać dobry prompt.


Jeśli chcesz być na bieżąco z podobnymi treściami – zapraszam do mojego newslettera:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *